Kanały:
Wpisy
Komentarze

Na sportowo

M. lubi kibiców Legii. Zupełnie szczerze lubi. Co środę kibice Legii sponsorują jej przejażdżki autobusowe.

 W pierwszą ze śród w autobusie koło stadionu od kibica, który spożył nieco wody ognistej, i jest wieku średniego, słyszy, że w Polsce są piękne dziewczyny, z pięknymi włosami, mają najwięcej witaminy, i w ogóle. Koleżanka M., widząc, że słowa te są skierowane właśnie w stronę dwóch M., tłumiąc śmiech, mówi, że już nigdzie z M. nie jedzie.

W drugą ze śród, kiedy to M. znów jedzie w kierunku stadionu Legii, kibice Legii świetnie pomagają w orientacji – skoro wsiadają w ten autobus, to na pewno zatrzyma się on przy Lazienkowskiej.

Co wydarzy się w kolejną?

Pół roku przed Euro 2012

M. zrobiła test. Nie potrzebowała nawet symulować, po prostu obserwowała uważnie, co się dzieje, kiedy chce się ze znajomymi pozwiedzać najbardziej znane miasta Polski. Albo zwiedza się samemu.

Sytuacja 1: Jedziemy metrem, zbliża się okres wygasania ważności legitymacji studenckich. M. słyszy znajome pikanie poświadczające ważność kart miejskich i wyciąga swoją. Legitymacji nikt ode mnie nawet chyba nie chce. Jedna koleżanka z zagranicy wyciąga bilet i M. prosi ją też o legitymację. Drugą koleżankę M. zatrzymuje w momencie, gdy pan kanar wyprowadza ją na peron. Z miną WTF M. mówi panu kanarowi grzecznie, że nigdzie nie idą, koleżankę prosi o poszukanie legitymacji, a panu kanarowi tłumaczy w międzyczasie, że koleżanka legitymację właściwą ma, bo M. sama sprawdzała naocznie i w regulaminie ZTMu, czy to ją uprawnia do zniżek. Pan kanar w tym momencie otrzymuje legitymację, sprawdza, po czym odzywa się do M. po raz pierwszy i mówi „No tak, pytałem o legitymację, ale nie dostałem”. M. tłumaczy panu, że koleżanka po polsku nie rozumie, ale tłumaczy raczej kurtuazyjnie, bo widać to było i z braku reakcji koleżanki, i z wyglądu koleżanki, której pochodzenie dało jej urodę niezłą wcale, ale zupełnie dla Polki nietypową.

Sytuacja 2: M. ma przygody z PKP. Wjeżdża o 7 rano na Dworzec Centralny i sprawdza (zupełnie nie wie, co jej odbiło), czy może jest internet. Jeeeeeeeest! M. cieszy się niezmiernie, bo potrzebuje natychmiastowego kontaktu internetowego ze znajomymi. Klik klik, ooooo… hasło? Nie, uff, na szczęście tylko jakiś regulamin, nie czytając, klika „Akceptuj” i internet jest. Jak na 7 rano to przepustowość internetu na Centralnym średnia, trzeba się pilnować kwadratu 1,5m x 1,5m, w którym internet da się złapać i znać polski, żeby kliknąć w „Akceptuj”, bo regulaminów w innych językach nie ma. W tym momencie M. zdaje sobie sprawę, że ma więcej szczęścia niż rozumu, bo gdyby któryś z warunków nie został spełniony, z internetu byłyby nici…

Sytuacja 3: Wieczorem postanawiamy kupić bilety na 2 wycieczki. Okazuje się, że tu nawet perfekcyjna znajomość polskiego na poziomie native speakera nie wystarcza…
Okazuje się na przykład, że pociąg, który został pieczołowicie wyszukany w internecie, i na który już udało się M. wykupić bilet, jest mało znajdowalny w rozkładzie jazdy. Hm. Cóż, ślepota się człowiekowi zdarza, może więc warto potwierdzić to w informacji i od razu zapytać o inne interesujące nas pociągi. W kolejce nie jest łatwo – z przodu słychać krzyk pana, który drze się, że to jest informacja i on się pyta, oraz głos coraz bardziej zdenerwowanej już pani, która tłumaczy mu, że nie jest w stanie sprawdzić w systemie peronów, z których odjeżdżają pociągi na innych dworcach. Z tyłu – wkurzonych młodych ludzi, którzy martwili się, że nie zdążą na pociąg, bo kolejka jest na pół godziny, a oni pociąg mieli planowo mieć za minut dwadzieścia, natomiast będą mieć jednak za dwie godziny. Po uzyskaniu i zapisaniu godzin w informacji udajemy się po bilety.
Zabawa jest przednia, ponieważ PKP zamieniło się w rasową hydrę i ciągle wyrastają mu nowe spółki, a każda spółka ma jeden pociąg do miejscowości X i jeden z powrotem, każda ma własny sposób funkcjonowania i własne zniżki, w zależności od własnych kryteriów. Można więc poćwiczyć starożytne umiejętności oratorsko-erystyczne oraz dedukcję i logikę praktyczną, przedstawiając każdego z jadących za każdym razem razem i z osobna, wymieniając wiek, pochodzenie i rodzaje dokumentów potencjalnie uprawniających do zniżki, a także zastanawiając się, na ilu blankietach chcemy bilety, bo to również znacząco wpływa na cenę biletu.

Zamawiamy pierwszy bilet. Do miasta X już mamy, teraz z miasta X. A co, ekspresem o osiemnastej.
- Nie ma. – mówi pani.
- Eeeee? – mówi M. – przed chwilą sprawdzałam.
- Gdzie?
- Dwa okienka dalej. – pokazuje M. na informację po lewej stronie.
- Hm. – mówi pani, podnosi się z krzesełka i rozpoczyna ruch wahadłowy między okienkami od lewej do prawej. Szczęśliwie jej okienko jest pośrodku. Pani wraca z potwierdzoną informacją, że nie ma.
- Hm. – mówi M. – to niech będzie interregio o siedemnastej.
Interregio pojedziemy, interregio wrócimy, myśli sobie. Pani prosi jeszcze o bilet w pierwszą stronę. Pyta, jak M. będzie płacić. M. chce płacić kartą. Przesuwa więc kartę, wbija PIN i… w tym momencie pani wydaje jej 5,72 PLN w monetach.
Kupno kolejnych biletów kartą nie pozwala niestety na uzyskanie takich bonusów. Zajmuje jednak sporo czasu. I zdziwienia pani, że nie zostało zapłacone na raz, bo przecież tak łatwiej (jak dla kogo).
Tematu dzielnego pana chcącego koniecznie pokonwersować, mylącego Hong Kong z Tajwanem i dzielącego na dwie Koree stojącego w kolejce po bilety M. rozwijać nie będzie.

Bonus: koleżanki M. z dalekiej Azji po 3 dniach w Polsce na widok pociągu biegły do wagonów równo z Polakami. Bez chwili wahania.

Uwaga! Ścieżka rowerowa!

Jak zaparkujesz na ścieżce rowerowej, skończysz tak:

czyli jak burmistrz Wilna chce zmotywować kierowców do przestrzegania przepisów. Popieram!

O odżywianiu światowym

W pociągu w dalekiej Azji M. słyszy kilkulatka z zainteresowaniem wertującego książkę geograficzną.
- Mamo, mamo, a gdzie to miasto?
- W Rosji.
- A w której części?
- W południowo-zachodniej.
- Mamo, mamo, a tu napisali, że Holender zjada rocznie 8 kg sera. To prawda?!
- Prawda.
- Łaaaaa, 8 kilo sera, niesamowite!
Więcej pytań już nie słychać :)

Jogging w Tajpej

…można uprawiać nie tylko truchtając na stadionie albo biegnąc chodnikiem wprawiając w zadziwienie przychodniów.

Istnieją także wersje hardkorowe:
- jogging (turlanie) na lotnisku z Terminalu 1 do Terminalu 2 po zjedzeniu pożegnalnej kolacji, połączony z dodatkowym obciążeniem ubraniami przeciwdeszczowymi, plecakami i gubieniem aparatu, w celu zdążenia na samolot, który jednak ma odlecieć godzinę wcześniej niż przypuszczano,
jak również
- bieganie na orientację za tubylcami po głównej stacji metra po 12 godzinach zwiedzania związane z gonieniem prawdopodobnie ostatniego pociągu do domu.

Miny tubylców: bezcenne. (nasze też – w końcu tubylcy mieli przewagę dywersyjną w postaci różowych klapek)
Stracone kalorie: liczne.
W obu przypadkach misje zakończone sukcesem!

Łapać złodzieja!

Austriacka policja ma od dziś własną lokomotywę:

O czym radośnie poinformowała strona kolei austriackich na facebooku. Znajomi na fb zastanawiają się, w jaki sposób lokomotywa będzie pomagać policji w pracy. Ja próbuję sobie wyobrazić podobną policyjną lokomotywę na polskich torach. Czyja wyobraźnia większa?

Wrażenia piątkowe

Wrażenie pierwsze:
M. zalicza dwa hamowania „na pysk” w autobusie w dalekiej Azji w mieście T., gdyż autobus na czerwonym świetle najpierw próbuje wyprzedzić (nie ominąć!) z prawej samochód skręcający w prawo, a gdy to się nie udaje, wyprzedzić z lewej auto skręcające w lewo i samemu skręcić w lewo też. Po wszystkim zastanawia się, dlaczego, odkąd tu przyjechała, nie słyszała nic o karambolach powodowanych przez kierowców autobusów ani o zawałach serca i udarach mózgu powodowanych jak wyżej. Chwilę potem dochodzi do wniosku, że przecież właśnie przeżyła coś powszechnego.

Wrażenie drugie:
K. wraca do domu radosna jak skowronek, wyglądająca dobrze jak zwykle. Zasiada do komputera, klepie, klepie w ciszy, po czym znienacka wypala: „wypadek miałam. Samochód mnie potrącił”. „No, na rowerze jechałam, wjechał na mnie. Porysowałam mu samochód, zaczepił się o mój rower i zderzak mu odpadł”. No tak, tu może zdarzyć się wszystko…

Mimowolna siła woli?

M. stoi w mieście T. w dalekiej Azji na przejściu dla pieszych i czeka grzecznie, aż światło zmieni się na zielone. Czeka i czeka. I czeka.
Pan, też nietutejszy, widać, że obcokrajowiec, w garniturze, z laseczką, macha na taksówki, i macha. I macha. Przejeżdża tych taksówek ze dwadzieścia i żadna się nie zatrzymuje.

Co ciekawe, M. w swoim zwykłym stroju, w jakim przemieszcza się na uczelnię, albo w stroju sportowym uprawiająca jogging wieczorową porą i zupełnie na taksówki niezwracająca uwagi, ponadto zaliczająca się nadal do kategorii „biedny student”, w tym samym czasie wywołuje mimowolnie zatrzymanie co najmniej czterech taryf…

Jedziemy sobie w dalekiej Azji zatłoczonym metrem w kierunku zoo. W pewnym momencie do wyjścia zaczyna się przepychać tata z dwójką dzieciaków. Dzieciak A nadąża wyjść, dzieciak B zostaje zatrzaśnięty wewnątrz wagonu – drzwi pikają i automatycznie zamykają mu się przed nosem. M. zdziwiona zauważa brak ataku histerii czy chociażby płaczu. Jakaś pani życzliwie podpowiada dzieciakowi, żeby wysiadł na następnej stacji, przesiadł się do metra w drugą stronę i wrócił tę jedną stację.
- Nie, mieliśmy jechać do zoo, zostanę. – oznajmia dzieciak i jak gdyby nigdy nic kontynuuje jazdę przez kilka następnych stacji, spokojnie przyglądając się krajobrazom za oknem. Dzieciak ma jakieś 6 lat. Miasto w dalekiej Azji ma parę ładnych linii metra, a w każdej z nich tego dnia tłum jest wyjątkowy.

Czy wiecie, że…

zasady ruchu drogowego dotyczą wszystkich jego uczestników?


(prosimy kliknąć w obrazek)

Tak, tak. Nawet czołgu SK105 – Kürassier należącego do austriackich sił zbrojnych, poruszającego się po ulicach Wiednia.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.