M. zrobiła test. Nie potrzebowała nawet symulować, po prostu obserwowała uważnie, co się dzieje, kiedy chce się ze znajomymi pozwiedzać najbardziej znane miasta Polski. Albo zwiedza się samemu.
Sytuacja 1: Jedziemy metrem, zbliża się okres wygasania ważności legitymacji studenckich. M. słyszy znajome pikanie poświadczające ważność kart miejskich i wyciąga swoją. Legitymacji nikt ode mnie nawet chyba nie chce. Jedna koleżanka z zagranicy wyciąga bilet i M. prosi ją też o legitymację. Drugą koleżankę M. zatrzymuje w momencie, gdy pan kanar wyprowadza ją na peron. Z miną WTF M. mówi panu kanarowi grzecznie, że nigdzie nie idą, koleżankę prosi o poszukanie legitymacji, a panu kanarowi tłumaczy w międzyczasie, że koleżanka legitymację właściwą ma, bo M. sama sprawdzała naocznie i w regulaminie ZTMu, czy to ją uprawnia do zniżek. Pan kanar w tym momencie otrzymuje legitymację, sprawdza, po czym odzywa się do M. po raz pierwszy i mówi „No tak, pytałem o legitymację, ale nie dostałem”. M. tłumaczy panu, że koleżanka po polsku nie rozumie, ale tłumaczy raczej kurtuazyjnie, bo widać to było i z braku reakcji koleżanki, i z wyglądu koleżanki, której pochodzenie dało jej urodę niezłą wcale, ale zupełnie dla Polki nietypową.
Sytuacja 2: M. ma przygody z PKP. Wjeżdża o 7 rano na Dworzec Centralny i sprawdza (zupełnie nie wie, co jej odbiło), czy może jest internet. Jeeeeeeeest! M. cieszy się niezmiernie, bo potrzebuje natychmiastowego kontaktu internetowego ze znajomymi. Klik klik, ooooo… hasło? Nie, uff, na szczęście tylko jakiś regulamin, nie czytając, klika „Akceptuj” i internet jest. Jak na 7 rano to przepustowość internetu na Centralnym średnia, trzeba się pilnować kwadratu 1,5m x 1,5m, w którym internet da się złapać i znać polski, żeby kliknąć w „Akceptuj”, bo regulaminów w innych językach nie ma. W tym momencie M. zdaje sobie sprawę, że ma więcej szczęścia niż rozumu, bo gdyby któryś z warunków nie został spełniony, z internetu byłyby nici…
Sytuacja 3: Wieczorem postanawiamy kupić bilety na 2 wycieczki. Okazuje się, że tu nawet perfekcyjna znajomość polskiego na poziomie native speakera nie wystarcza…
Okazuje się na przykład, że pociąg, który został pieczołowicie wyszukany w internecie, i na który już udało się M. wykupić bilet, jest mało znajdowalny w rozkładzie jazdy. Hm. Cóż, ślepota się człowiekowi zdarza, może więc warto potwierdzić to w informacji i od razu zapytać o inne interesujące nas pociągi. W kolejce nie jest łatwo – z przodu słychać krzyk pana, który drze się, że to jest informacja i on się pyta, oraz głos coraz bardziej zdenerwowanej już pani, która tłumaczy mu, że nie jest w stanie sprawdzić w systemie peronów, z których odjeżdżają pociągi na innych dworcach. Z tyłu – wkurzonych młodych ludzi, którzy martwili się, że nie zdążą na pociąg, bo kolejka jest na pół godziny, a oni pociąg mieli planowo mieć za minut dwadzieścia, natomiast będą mieć jednak za dwie godziny. Po uzyskaniu i zapisaniu godzin w informacji udajemy się po bilety.
Zabawa jest przednia, ponieważ PKP zamieniło się w rasową hydrę i ciągle wyrastają mu nowe spółki, a każda spółka ma jeden pociąg do miejscowości X i jeden z powrotem, każda ma własny sposób funkcjonowania i własne zniżki, w zależności od własnych kryteriów. Można więc poćwiczyć starożytne umiejętności oratorsko-erystyczne oraz dedukcję i logikę praktyczną, przedstawiając każdego z jadących za każdym razem razem i z osobna, wymieniając wiek, pochodzenie i rodzaje dokumentów potencjalnie uprawniających do zniżki, a także zastanawiając się, na ilu blankietach chcemy bilety, bo to również znacząco wpływa na cenę biletu.
Zamawiamy pierwszy bilet. Do miasta X już mamy, teraz z miasta X. A co, ekspresem o osiemnastej.
- Nie ma. – mówi pani.
- Eeeee? – mówi M. – przed chwilą sprawdzałam.
- Gdzie?
- Dwa okienka dalej. – pokazuje M. na informację po lewej stronie.
- Hm. – mówi pani, podnosi się z krzesełka i rozpoczyna ruch wahadłowy między okienkami od lewej do prawej. Szczęśliwie jej okienko jest pośrodku. Pani wraca z potwierdzoną informacją, że nie ma.
- Hm. – mówi M. – to niech będzie interregio o siedemnastej.
Interregio pojedziemy, interregio wrócimy, myśli sobie. Pani prosi jeszcze o bilet w pierwszą stronę. Pyta, jak M. będzie płacić. M. chce płacić kartą. Przesuwa więc kartę, wbija PIN i… w tym momencie pani wydaje jej 5,72 PLN w monetach.
Kupno kolejnych biletów kartą nie pozwala niestety na uzyskanie takich bonusów. Zajmuje jednak sporo czasu. I zdziwienia pani, że nie zostało zapłacone na raz, bo przecież tak łatwiej (jak dla kogo).
Tematu dzielnego pana chcącego koniecznie pokonwersować, mylącego Hong Kong z Tajwanem i dzielącego Wietnam na dwie Koree stojącego w kolejce po bilety M. rozwijać nie będzie.
Bonus: koleżanki M. z dalekiej Azji po 3 dniach w Polsce na widok pociągu biegły do wagonów równo z Polakami. Bez chwili wahania.
Love PKP <3 czyż to nie wspaniała instytucja?
Hm, nie wiem, czy wspaniała, ale z całą pewnością przedziwna. Cuda i dziwy zdarzają się tam na każdym kroku.